Wyspa Champana. Jedno z najmniejszych państw na świecie, położone niedaleko Francji, w klimacie umiarkowanym. Liczne deszcze i mgły spowodowane depresją nie ułatwiają życia tamtejszym mieszkańcom, wręcz przeciwnie, nieustannie wprowadzają przygnębiającą atmosferę.
Wyspa składa się z pięciu miast; wschodniego, zachodniego, północnego, południowego, oraz centralnego, zwanego inaczej stolicą. Każde z miasteczka zbudowane było na planie kolonialnym. W sercu każdego znajdował się niewielki plac, na którego obrzeżach stał ratusz, kościół, szkoła oraz kilka innych urzędowych gmachów, otaczających pomnik znanej osoby. W mieście wschodnim, pomnik Dom Pérignon, sławnego mnicha, zachęcał w wiosenne popołudnia, by wraz z grupą znajomych usiąść na marmurowych kafelkach i przyjrzeć się otaczającej nas rzeczywistości. Regularny rozkład ulic, rozpoczynających swój ciąg od rogu placu, ułatwiał wizytatorom odnalezienie się w obcym im mieście. Brukowane bulwary znajdowały się niedaleko licznych rzędów zdobnych kamienic, które zamieszkiwała większość populacji. Nie sposób było się oprzeć pięknu tej miejscowości.
Była późna jesień. Wąskie chodniki przyozdobiły spadające, złote liście oraz liczne kałuże, które były zmorą wszystkich mieszkańców. Wszystkich za wyjątkiem Ritty Coletti, dziewczyny będącej utrapieniem każdego człowieka, który marzy o świętym spokoju.
Szkoła pod patronem Bernardynów znajdowała się na rogu ulicy Wiśniowej i Deszczowej. Potężny gmach, zbudowany z drobnych cegieł przerażał swoim ogromem wszystkich uczniów, zbierających się każdego ranka przed głównym wejściem. Tłum nastolatków przybranych w granatowo-zielone mundurki świadczył o prestiżu szkoły średniej, która wiecznie rywalizowała z liceum im. Antoine de Saint-Exupéry.
W szkole Bernardynów, na końcu korytarza, na pierwszym piętrze odbywała się właśnie lekcja angielskiego. Znudzeni uczniowie i uczennice zauroczone nowym nauczycielem czekały na zbawienny dzwonek. Profesor Nicolas Lorrain przeczesał nerwowo ciemne włosy i westchnął z rezygnacją.
– Margeritta, chciałbym żebyś została po lekcji – powiedział.
W klasie rozniósł się szmer i szepty zaciekawionych nastolatków.
– Cisza! – przerwał surowo. – Nie wiem jak mam do was przemówić! – Gwałtownie uderzył pięścią w stertę pokreślonych papierów, które leżały na brzegu biurka. – Najwyraźniej wielokrotne powtarzanie jednego zdania w ogóle was nie rusza. Kiedy zaczniecie się uczyć? W tym roku czekają was egzaminy, a poziom jaki wykazujecie na sprawdzianach nie umywa się nawet do brodzika intelektualnego!
Zniesmaczone twarze uczniów zaczynały pokrywać rumieńce. Była tylko jedna osoba, która zdawała się nie słyszeć wypowiadanych przez profesora słów.
Wraz z dźwiękiem dzwonka wszyscy uczniowie opuścili swoje miejsca i udali się w kierunku korytarza. Ritta Coletti nieśpiesznie wstała z krzesła, po czym podeszła do biurka zachowując bezpieczną odległość. Odległość będącą nawykiem wszystkich uczniów podczas rozmów z nauczycielami.
– Margeritta – zaczął profesor.
– Ritta – stanowczy głos wydobył się z jej ust po raz pierwszy tamtego dnia.
Profesor Lorrain spojrzał na nią z pewną doza niepewności, po czym kontynuował:
– Kolejny raz oddałaś mi pustą kartkę na sprawdzianie. – Męska dłoń przesunęła wzdłuż blatu śnieżnobiały papier podpisany nazwiskiem Coletti.
Ritta wzruszyła ramionami, dając w ten sposób do zrozumienia, że jest całkowicie obojętna na swoją sytuację.
– Nie wspomnę już o tym, że żadne z twoich wypracowań nigdy do mnie nie dotarło. Zbliża się koniec trymestru, a ja nie mogę wystawić ci żadnej oceny poza nieklasyfikowaniem. Wiem, że nie jesteś głupia. Pofatygowałem się na tyle, by przejrzeć twoją teczkę z zeszłego roku. Wyniki były zadziwiająco wysokie; ponad dziewięćdziesiąt procent za esej pisany z marszu nie jest najczęściej spotykanym osiągnięciem. Sam fakt, że szkoła Bernardynów zapewniła ci tutaj miejsce świadczy o sporych zasobach wiedzy, oraz inteligencji.
Profesor Lorrain przyjrzał się znudzonej twarzy swojej uczennicy. Nie było na niej cienia zainteresowania.
– Egzamin wewnętrzny – ciągnął, wyjmując z szuflady plik zapisanych kartek. – Sto procent. Maksymalna ilość punktów. Najlepszy wynik. Czerwonym długopisem dołączona notatka o zdziwieniu nauczyciela sprawdzającego tę pracę.
Te rzeczy nie były jej obce. Ritta doskonale pamiętała poprzedni rok szkolny. Problem polegał jednak na tym, że nie widziała sensu, by dalej kontynuować ten monotonny rytuał, który umożliwiał nauczycielom wygłaszanie pochwalnych monologów.
– Testy dyrektorskie. – Kolejna teczka z trzaskiem wylądowała na biurku. – Sto procent. Ocena z angielskiego na koniec pierwszej klasy – celujący. Matematyka – celujący. Włoski – celujący. Fizyka – celujący. Próbny egzamin dojrzałości – dziewięćdziesiąt osiem procent, przy szkolnej średniej czterdzieści siedem.
Na twarzy profesora powoli ukazywała się złość.
– A teraz uwaga. Klasa druga. Sprawdzian z angielskiego – niedostateczny, niedostateczny, niedostateczny. Matematyka – niedostateczny, niedostateczny, niedostateczny. Frekwencja sto procent. Czy mogę liczyć na jakieś wyjaśnienia?
– Nie jest pan moim wychowawcą. – Ta krótka odpowiedź nie podlegała żadnej dyskusji, a jednak profesor Lorrain nie zamierzał się poddawać.
– Oczywiście, że nie jestem! I bardzo się z tego cieszę! Ostatnie czego pragnę to… – urwał. Po chwili namysłu zrezygnował ze słów, które zamierzał wypowiedzieć. Jedyną osobą, która ukazała je światłu dziennemu była ona, Ritta Coletti.
– Użeranie się z upartą i zarozumiałą gównażerią?
– Nie powiedziałem tego.
– Nie musiał pan. Każdy nauczyciel pragnie wykrzyczeć te słowa całemu światu. Z wiekiem obojętność rośnie, zaangażowanie maleje.
– Nieważne. – Krótka piłka. Profesor Lorrain miał swoje powody, dla których pragnął, by Ritta została po lekcji. Obserwowanie, jak młoda dziewczyna marnuje swoje życie było czymś, obok czego nie potrafił przejść obojętnie.
– Dlaczego to robisz? Dlaczego skreślasz swoją przyszłość?
Pobłażliwy uśmieszek, który pojawił się na jej twarzy, był ostatnią rzeczą, jakiej Nicolas Lorrain mógłby się po niej spodziewać.
– Może dlatego, że nie mam żadnej przyszłości? – odparła Ritta.
Zmieszanie było nieuniknione.
– Są sytuacje, którym można zapobiec. Jeżeli masz problem i potrzebujesz pomocy, wiedz, że możesz na mnie liczyć.
Profesor Lorrain przesunął na brzeg biurka kawałek tekturki z wydrukowanym nazwiskiem, numerem telefonu oraz adresem zamieszkania, spoglądając ukradkiem na swoją uczennicę.
– Nie potrzebna mi jest pomoc – odparła ze znużeniem.
– Proszę cię tylko byś przemyślała moje słowa.
– Myślałam nad nimi setki dni i nocy. Więcej nie potrzeba.
– Czy powiesz mi kiedyś, dlaczego przestałaś współpracować?
– Wątpię.
Spojrzenie pełne perswazji przekonało Rittę by zabrać ze sobą wizytówkę profesora. Ostentacyjnie chwyciła tekturkę, a następnie zmięła ją i upchnęła na dno kieszeni żakietu.
– Do widzenia – rzuciła przez ramię, wychodząc pośpiesznie z sali.
Tak naprawdę nigdzie jej się nie spieszyło. Lekcje dobiegły końca, a powrót do domu był ostatnią rzeczą, której pragnęła.
Opuszczając potężny gmach, zwolniła kroku. Z torebki wyjęła paczkę papierosów i nerwowo odpaliła jednego, przysiadając na fundamencie pomnika. Opierając się o stopy szacownego mnicha, odetchnęła głęboko, tłumiąc w sobie rosnący gniew i rozczarowanie. Czy tak trudno było zrozumieć innym ludziom, że wybrała już drogę, którą chciała pójść? W końcu miała ku temu jakieś powody. Gdyby miała co tracić, nie skreślałaby życia ot tak, ale w obecnej chwili zależało jej na tym, by balast osiągnięć zmniejszył swoją wagę. Im mniej się posiada, tym mniej się traci. Ryzyko i smak porażki nie będą już takie gorzkie.
Gdy słońce schowało się za horyzontem, zimne, marmurowe posadzki zaczęły chłodzić chudy tyłek Ritty. Opieszale podniosła się spod pomnika i ruszyła w kierunku pierwszego, lepszego sklepu. Zakupiła czteropak piwa i kolejną paczkę papierosów, po czym zaszyła się w odludnym i ciemnym parku, gdzie powolnie opróżniała puszki, zatruwając doszczętnie swoje płuca dymem papierosowym. Gdy zapomniała jak dawno temu na niebie pojawił się księżyc, doszła do wniosku, że czas wracać do domu. Ku jej ogromnemu rozczarowaniu, w chwili w której podniosła się spod rozłożystego drzewa, zaczął kropić deszcz. Z powoli chłodne krople nie zrujnowały jej resztek dobrego humoru. Ten doszczętnie zepsuł się, gdy nacisnęła dzwonek drzwi, a rozwścieczona rodzicielka widząc jej brudną od ziemi spódnicę i czując zapach alkoholu zmieszanego z tytoniem, wydarła się, puszczając przed siebie wiązankę soczystych przekleństw, a następnie z trzaskiem zatrzasnęła drzwi mówiąc, że wpuści ją do domu, tylko wtedy, kiedy już wytrzeźwieje.
Ile razy Ritta doświadczyła podobnej sytuacji? Nie wiedziała. Przestała liczyć pod koniec zimy.
Osunęła się na wycieraczkę, nie szczędząc swojego zdrowia na zimnym wietrze i deszczu. Skuliła się oczekując na litość matki, która kilkakrotnie wyjrzała przez okno. W końcu z rezygnacją podniosła się z mokrej powierzchni ziemi i ruszyła w kierunku centrum. Brodząc wśród deszczu i nasłuchując odgłosów jesieni, pragnęła znaleźć się we własnym łóżku. Sucha.
Nagie nogi, skryte jedynie pod cienkimi, białymi zakolanówkami pokrywała gęsia skórka. Ciaśniej objęła się ramionami i usiadła na przydrożnej ławce. Mokre pasma włosów opadały na jej twarz przyklejając się do białych, jak śnieg policzków. Miała włoskie korzenie, ale ze względu na wątłość swojego ciała oraz porcelanowy odcień skóry, nikt nawet przez chwilę nie pomyślałby, że ta dziewczyna ma coś wspólnego ze śródziemnomorskim krajem, który co roku gościł miliony turystów. Zielone oczy ukryte pod firanką, długich, gęstych rzęs wskazywały w obecnej chwili na całkowite wyczerpanie. Podkuliła nogi pod brodę, chowając twarz w materiale granatowej spódnicy.
Ulewa nie ustępowała. Znudzona, ale przede wszystkim zmęczona Ritta spojrzała na tarczę srebrnego zegarka, który nosiła na lewym nadgarstku.
Dochodziła dziesiąta w nocy. Rodzicielka nie zaczęła jej szukać, a przecież wiedziała w którym miejscu oczekuje jej przybycia.
Ritta zaczęła się zastanawiać, gdzie powinna przenocować tej nocy. Nie pójdzie do ojca. Nie po tym, jak postawił jej jasne i klarowne ultimatum, którego Ritta nie zamierzała przyjąć do wiadomości. Zwątpiła w wiarę swojej rodziny. Zmarznięte dłonie wcisnęła do kieszeni zielonego żakietu, i wtedy przypomniała sobie o tekturowej wizytówce, którą tego samego dnia wręczył jej profesor Lorrain.
Miała już plan. Teraz zamierzała go zrealizować.
Zerknęła na wizytówkę, zastanawiając się, w której części miasta znajduje się Aleja Pomarańczy. Po chwili namysłu wstała i ruszyła przed siebie pewnym krokiem.
Nogi zaprowadziły ją pod ceglaną kamienicę. Nie był to budynek ani dla biedoty, ani dla burżuazji, do której zaliczał się jej ojciec. Czuła się królewną za każdym razem, gdy w piątkowy wieczór przenosił się z kocem na skórzaną kanapę odstępując jej wielkiego łóżka w sypialni ze wściekłoczerwonymi ścianami. Teraz nic nie wskazywało na to, że zostanie ukoronowana. Nawet na godzinę. Sama musiała zadbać o zdobycie berła.
Odetchnęła i zastukała ciężką kołatką trzymającą się zielonych, drewnianych drzwi. Gdy już miała zrezygnować, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie nikogo nie ma w domu, usłyszała głośne, męskie kroki oraz dźwięk odsuwanego zamka.
– Margeritta? – Głos profesora Lorrain niewątpliwie wskazywał na zdziwienie.
– Ritta – poprawiła go.
– Co ty tutaj robisz? Wiesz która jest godzina? Dlaczego nie jesteś w domu? Jak ty wyglądasz? Przeziębisz się!
Ritta wzruszyła ramionami. Zastanawiała się co odpowiedzieć na te wszystkie pytania.
Profesor zmierzył ją zszokowanym spojrzeniem od czubka głowy aż po palce stóp. Była cała mokra, zziębnięta i blada. Do jej szczupłego ciała przylegała biała, mokra bluzka podkreślając krągłe kształty biustu oraz prześwitujący czarny stanik. Szybko zmienił punkt obserwacji, i wtedy dostrzegł w jej prawej dłoni zmiętą wizytówkę.
– Ja… – zadrżała. – Nie mam dzisiaj dokąd pójść.